O wietrze, który nie porusza "Halny" Igora Jarka

Pod koniec ostatniego z trzech opowiadań składających się na Halny bohater myśli sobie: „Coś jest nie tak”. I chociaż ma on na myśli niepokojącą atmosferę sytuacji, w której się znalazł, nie mogę się oprzeć chęci, by zgodzić się z nim w przewrotny sposób. Bo coś jest z tą książką rzeczywiście nie do końca w porządku. A to „coś” to nie żadna błahostka, ale – zgłaszam dość poważny zarzut – ziejąca zza wulgarnie efekciarskiego języka pustka.

Język na jedną modłę

Mamy w tych opowiadaniach jakieś flow i są tu w jakimś tam stopniu wciągające historie, więc czyta się te teksty bez problemu. Wręcz wciąga się je tak, jak bohaterowie opowiadań wciągają kreski. Ale co z tego, skoro niewiele z tego wynika?

Największy problem mam z samym językiem. I wcale nie chodzi o jego wulgarność, bo tę w literaturze można przecież sprzedać w dobrym stylu. Nie chodzi też o warsztat, bo o jego brak nie można Jarka oskarżyć. Cały szkopuł w monolityczności idiolektów postaci wypowiadających się w tekście. Chociaż narracja pierwszoosobowa prowadzona jest z perspektywy kilku różnych osób, to posługują się one tym samym, strukturalnie spójnym stylem, nieuwzględniającym jakichkolwiek potencjalnych różnic charakterologicznych. Tak jakby język Jarka określał byt bohaterów, a nie na odwrót. Tak jakby zabrakło mu inwencji, by tę jednolitość przełamać i pobawić się w kilka różnych stylizacji w ramach kreacji „na patusa”. Efekt: zamiast monologów pięciu różnych postaci, mamy jednego hipernarratora, rozpoznawalnego w każdej z prowadzonej przezeń narracji.

Realizm bez rzeczywistości

Halny rozczarował mnie także dlatego, że ciężko mi uwierzyć, że Jarek opowiada o czymś, o czym ma pojęcie. Jego proza próbuje przekonać odbiorcę, że za jej pośrednictwem wkroczy on w świat krakowskiej gangsterski. Jednocześnie nieustannie  unieważnia tę iluzję i przynosi nieprzyjemne otrzeźwienie. Nie ma się złudzeń, że to tylko autorskie wyobrażenie na ten temat, co nie musiałoby być wadą, gdyby nie bolesny brak ironii w stosunku do samej materii, o której opowiada. Ta powaga, poprzez nagromadzenie coraz bardziej absurdalnych, traktowanych całkiem na serio wydarzeń, niebezpiecznie prowadzi całość w stronę efektu niezamierzonej groteski.

Do takiego odczucia przyczynia się również paradoksalna budowa monologów bohaterów, którzy z jednej strony ujawniają swój niski kapitał kulturowy, a z drugiej wykazują się zaskakującym stopniem autorefleksji. Wewnętrzna niespójność ich światopoglądów nie prowadzi do ucieleśnienia postaci, skomplikowania ich psyche, uczynienia ich bardziej ludzkimi. Sprawia jedynie, że stają się postaciami z tektury, czysto literackimi fantazmatami.

Niewykorzystany potencjał

Tytułowe opowiadanie miało pewnie stanowić clue całego zbioru. Jest bodaj najdłuższe, najbardziej dynamiczne i widnieje na okładce. Jego bohater, diler narkotykowy, w pewien wietrzny dzień wikła się w wiele zaskakujących wydarzeń, które mogą doprowadzić do jego zguby. Wydaje się, że za przyczynę jego niepowodzeń można by uznać porywisty górski wiatr, który na dobre rozszalał się tego dnia w Krakowie. Jarek nie wykorzystuje w pełni tego potencjału. Jego halny jest po prostu tłem wydarzeń, li geograficzną ciekawostką. Nie jest wyposażony w moc sprawczą, nie wprowadza atmosfery, którą mógłby rozluźnić napiętą atmosferę utworu. Po prostu wieje, wieje mocno, wieje w twarz. A przecież mógłby mieć o wiele ważniejszą rolę do odegrania?

To wszystko sprawia, że Halny sprawia wrażenie zbioru-worka, w który autor upchnął wszelkie bon moty (w tym, wszak to Kraków!, o maczetach), jakie miał w zanadrzu. Być może chciał swoją wizją kibolsko-narkotykowej patologii uwieść salonową warszawkę. Nominacja do Paszportów zdaje się potwierdzać, że w tym szaleństwie jest metoda, chociaż moim zdaniem – zupełnie nie tędy droga. Zresztą ta nominacja wyrządza prozie Jarka sporo krzywdy, nastawiając czytelnika na obcowanie z wybitną literaturą. Nią Halny z pewnością nie jest, choć w kategorii zręcznie ukutego czytadła do rychłego zapomnienia na pewno nie zawiedzie. Jarkowy halny bowiem nie uderza zbyt mocno. Nie więcej niż w pięć w skali Beauforta.

(Nawiasem mówiąc – we wszelkich krążących po internecie opisach krąży informacja o blurbie niejakiego Jarosława Rojka. Kimże on jest? I czy możliwe, że to alter ego literaturoznawcy, Przemysława Rojka? Trochę faux pas…)

Dodaj coś od siebie!