O nudzie i wolności "Liberté" Alberta Serry

sierpniowym Kinie ukazały się dwa teksty towarzyszące polskiej premierze najnowszego filmu Alberta Serry. Pierwszy z nich, zatytułowany Łapać życie na gorącym uczynku, podejmuje próbę scharakteryzowania dotychczasowego dorobku artysty. Drugi, autorstwa Piotra Mirskiego, to recencja najnowszej produkcji, Liberté. Niestety, oba te teksty z kilku powodów obudziły mój wewnętrzny sprzeciw i nakłoniły mnie do niniejszej polemiki.

Kwestie fundamentalne

Nie zgadzam się z nimi bowiem na wiele sposobów: przykładowo już w kwestiach terminologicznych, jak konsekwentne odmienianie na wszystkie przypadki przymiotnika hiszpański, gdy mamy do czynienia z urodzonym na północy Katalonii absolwentem barcelońskiego uniwersytetu, w którego filmach rozmawia się po katalońsku (później po francusku, ale nigdy po hiszpańsku). Całościowe zignorowanie kwestii narodowej autoidentyfikacji twórcy może świadczyć, w moim odczuciu, o pewnej dezynwolturze piszącego. Podobnie razi mnie pisana pół żartem, pół serio recenzja Mirskiego, w której nagrodzony na festiwalu w Cannes film sprowadzony został do opisów kilku scen erotycznych i ogólnikowych stwierdzeń, które niezaznajomionym z produkcją czytelnikom nie przekazują żadnych informacji na jego temat.

Mam również wątpliwości co do tez interpretacyjnych wysuwanych przez Kempistego. Na przykład tej dotyczącej rzekomego przełomu tematycznego w kinie Serry: zwrotu od zainteresowania ruchem w stronę wątków eschatologicznych. A przecież umieranie było ważnym elementem już w debiucie reżysera, w którym podróż głównego bohatera powieści Cervantesa kończy się, także według (wspominanego w artykule) Rafała Syski, pochodem pogrzebowym. Jeśli faktycznie wraz z Historią mojej śmierci z 2013 roku odczuwa się pewną zmianę, to dotyczy ona raczej sposobu prowadzenia narracji, która stała się u Serry nieco bardziej dynamiczna. Wychodzę jednak z założenia, że reżyser od samego początku swojej twórczości aż po najnowszy film ujawnia swoje humanistyczne zainteresowanie wielkimi tematami kultury europejskiej (Don Kichote, Trzej Królowie, Casanova, Dracula, Król-Słońce, libertynizm).

Wywołała moje zdziwienie również uwaga, że Serra „nie interesuje się estetyczną stroną produkcji” rozumianej tu jako „niepotrzebne upiększanie obrazu”. Myślę, że między brakiem zainteresowania estetyką a nadmierną estetyzacją jest spora różnica. A przecież sposób, w jaki reżyser filmuje przestrzeń, sprawia wrażenie starannie zaplanowanego. Wystarczy przywołać tu plenery w Honorze rycerza, grę z światłem w nocnych sceneriach LibertéHistorii mojej śmierci czy aranżację rozmieszczenia postaci w ramach mise en scène. Wszystkie te zabiegi nastawione są na potencjalne wzbudzenie w odbiorcach zachwytu.

Liberté do nudy

Najbardziej podejrzliwie podchodzę jednak do, obecnego w obu tekstach, przekonania o nieodzownej, wpisanej w film, nudzie. Ryzykownym wydaje mi się owo wywyższenie formy odczuwania do funkcji obiektywnej kategorii estetycznej. Dla jednych godzinna obserwacja obrazu będzie źródłem autentycznych przeżyć; dla innych dwie godziny gęsto zapełnione rozrywką mogą okazać się nudne. W kontekście krytyki filmowej warto chyba pozostać przy bardziej rzeczowych terminach opisu, takich jak: powolność, akcja sprowadzona do minimum, radykalność tempa narracji, wykorzystanie długich ujęć w połączeniu z ograniczonym ruchem wewnątrzkadrowym itd. Nuda leży zawsze po stronie odbiorcy i nie jest kategorią pomocną w ocenie filmu.

Oczywiście, jej występowanie jest czymś naturalnym. Reżyser przecież w sposób zamierzony wykorzystuje dysonans pomiędzy możliwościami medium filmu a uwarunkowaniem ludzkiej percepcji. Kamera, inaczej niż oczy widzów, nigdy się nie męczy. Człowiek, zwłaszcza w XXI wieku, ma ogromne kłopoty z utrzymaniem uwagi. Jeśli obrazy, autorytarnie dobrane i opowiedziane przez reżysera w wybranym przez niego tempie, nie budzą zainteresowania odbiorcy, nie pobudzają go do aktywnego odbioru, mogą nudzić. Nikt nikogo nie zmusza jednak do nudy: z kina można wyjść. Zmuszanie się do męczeńskiej śmierci z nudów to podejście karykaturalne i już dawno nie prowadzi do podwyższenia prestiżu w oczach innych.

A jednak zwłaszcza w kontekście Liberté nuda jest dla mnie terminem trudnym do zaakceptowania. Chociaż także i tutaj kataloński reżyser ujawnia swoje spowinowacenie z nurtem slow cinema, to, w porównaniu z poprzednimi jego filmami, w kwestii montażu, dialogów czy ruchu wewnątrzkadrowego wLiberté dzieje się stosunkowo wiele. Nawet jeśli Serra odchodzi od idei linearnej narracji na rzecz chaotycznej logiki nocy, ciężko powiedzieć, że nic się tu nie dzieje.

Tryumf voyeura

II połowa XVIII wieku. Grupa mężczyzn i kobiet przygotowuje się do zapadającej nocy, podczas której będą oddawać się perwersyjnym aktom seksualnym oraz wiele o na ich temat rozmawiać. Wkrótce pogrążony w ciemnościach las zapełni się dźwiękami rozmów, jęków bólu i rozkoszy, między drzewami pojawią się voyeurzy, pragnący widzieć i szukający spojrzenia innych. Momentami ciężko powiedzieć, kto z kim rozmawia, kto kogo widzi, czy bohaterowie znajdują się w jednym miejscu, czy są rozsiani po lesie. Nie ma to jednak większego znaczenia. Serra montuje materiał w taki sposób, by pozbyć się związków przyczynowo-skutkowych. Zaprowadza tym samym wolnościową anarchię w łączeniu sekwencji, które bardziej niż opowiadać historię, mają na celu poruszanie różnych kwestii w sposób gniazdowy.

Wyzwanie filmu dla większości widzów nie polega na tym, że wieje z niego nudą, lecz na tym, że pokazuje się rzeczy, które mogą wzbudzać niechęć czy odrazę. Ma ona jednak inny charakter niż u Pasoliniego, który w swojej wizji libertynizmu skupił się na idei faszystowskiej i klasowej opresji. U Serry jednak wszyscy zaangażowani w przedstawione praktyki wyrażają na nie zgodę i podchodzą do nich z entuzjazmem, a przekrój uczestników jest iście demokratyczny: w gronie tych libertynów znajdują się wszyscy bez względu na urodę, wiek, narodowość, pozycję społeczną czy stan posiadania. Każdy jest mile widziany, jeśli tylko jest w stanie poddać się idei całkowitej wolności do zaspokajania pragnień.

Perwersyjny las filozofii

I chociaż na pierwszy rzut oka Liberté może wyglądać na prosty przejaw fascynacji specyficznym ruchem polityczno-społecznym, który narodził się w centrum kultury europejskiej (tej samej, która go zamordowała gorsetem nowej moralności wiktoriańskiej), to jednak centralną ideą filmu wydaje się tytułowe pojęcie, a sam film traktatem na temat wolności, nie tylko seksualnej. Ciężko mi przyjąć zatem zdanie Kempistego, że kino Serry jest przede wszystkim „eskapistycznym uskokiem przed taranem szybko pędzącej rzeczywistości”. Żeby się wyciszyć i wyłączyć z rzeczywistości, można zamknąć oczy. Serra natomiast żąda, abyśmy mieli je otwarte i stanęli w gotowości do aktywnego współtworzenia tej wizualno-intelektualnej pracy filozoficznej na temat etyki wolności. Miejsca spowolnionego natężenia audiowizualnych wrażeń, ta po-wolność, którą oskarża się o wywoływanie nudy, to białe plamy i przerwy, które widz na swój własny sposób może zapełniać indywidualną refleksją.

Mój wysiłek interpretacyjny doprowadził mnie do przekonania, że film opowiada przede wszystkim o idei wolności, na całość której składają się zarówno obecne na sztandarach wzniosłe hasła o prawach człowieka, ale także wszystko to, co ujawnia się w momencie, gdy unieszkodliwiona zostaje kontrolna funkcja superego; gdy nastaje noc i przestają obowiązywać jakiekolwiek zasady inne niż tłumione do tej pory pierwotne popędy (w tym popęd ku śmierci).

A chociaż sama idea wolności wydaje się szlachetna, to w jej praktycznej realizacji pojawiają się pęknięcia: brak gotowości do bezwarunkowego oddania się libertyńskiej idei wolności karany jest tu śmiercią. Śmiercią, należy podkreślić, symboliczną, potwierdzającą, że kino Serry wychodzi poza świat przedstawiony i wchodzi w dialog z historią filmu i zewnętrzną rzeczywistością. W rolę zabitego za swoje wątpliwości bohatera wcielił się bowiem Helmut Berger, ikona rewolucji seksualnej lat sześćdziesiątych. To kolejny taki odautorski komentarz po filmie Śmierć Ludwika XIV, w którym powolną śmierć Króla przedstawiała ikona francuskiej nowej fali, Jean-Pierre Léaud.

Liberté jako traktat

Idea nieograniczonej wolności musi pozostać w sferze teoretycznych konceptów. Serra ilustruje to tym, że bohaterowie więcej rozmawiają o własnych perwersyjnych marzeniach niż faktycznie się ich podejmują. Nie są także zdolni do osiągnięcia fizycznego spełnienia. Raz członek odmawia posłuszeństwa i mięknie w obliczu możliwości penetracji; kiedy indziej, tu najbardziej skrajny przykład, próba zaspokojenia prowadzi do ostatecznej sublimacji pragnień, czyli śmierci. Ten styl życia zrzucił ich zresztą na społeczny margines. Nie znajdują już akceptacji dworów, więc spotykają się jak przestępcy, pod osłoną nocy. Nawet w liberalnej Europie nie ma miejsca na takie ekstremizmy.

Liberté przyświeca nie tylko odrzucenie typowej struktury narracyjnej, ale także francuska myśl poststrukturalistyczna. Dlatego nie mogę zgodzić się z końcową tezą artykułu Kempistego, wedle której Serrze jest „daleko do akademickich dywagacji”. W innym artykule próbowałem dowieść, że Honor rycerza można traktować jako dekonstrukcyjną lekturę powieści Cervantesa. W Historii mojej śmierci Serra obserwował tryumf irracjonalizmu na przykładzie klęski myśli Oświeceniowej odniesionej w starciu z romantyzmem. Tymczasem Liberté rozpoczyna się od monologu szczegółowo opisującego tortury na niedoszłym zamachowcu Ludwika XV. Opis tych samych tortur stanowi punkt wyjścia dla Michela Foucaulta w jego studium Nadzorować i karać, a obrazowany przez Serrę libertyński cruising w lesie przywodzi na myśl panoptykon, w którym nigdy nie wie się, czy nie jest się przez kogoś obserwowanym. Trudno o bardziej wymowny sposób, by zaprosić do refleksji nad związkami wolności i opresji. A skoro radykalizm formalny i treściowy Serry zostawia przestrzeń dla dyskusji, wystarczy zechcieć wziąć w niej udział.

(O innym filmie dystrybuowanym w ramach Nowe Horyzonty Tournee – przeczytasz tutaj)

Dodaj coś od siebie!