Imitacja i emulacja Od renesansowej teorii do współczesności

Dla osób niezaznajomionych z historią refleksji estetycznej wydawać się może dziwnym zacytowane stwierdzenie o sztuce jako czymś, co polega na naśladowaniu. Tymczasem to stwierdzenie wyjaśnia i usprawiedliwia renesansową poetykę. Warto uświadomić sobie, że pojęcie „oryginalności” (w znaczeniu odmiennym od początkowej „źródłowości”) pojawiło się dopiero w XVIII wieku u Edwarda Younga i wówczas zyskało aprobatę, stając się pożądanym modelem twórczości. Do tej pory bowiem słowa takie jak „nowość” czy „niepowtarzalność” nie robiły wrażenia: zjawiskiem cenionym było powielanie uważanych za idealne wzorców.

Wciągnięty w (zwycięską) walkę z sesją wieńczącą semestr zimowy i pochłonięty przez codzienne czynności, nie znalazłem czasu na aktualizację bloga. Mimo że pomysł na temat kolejnego wpisu narodził się w mojej głowie już dawno. Z racji przygotowań do egzaminów z przedmiotów dotyczących doktryn literackich przed wiekiem dziewiętnastym oraz historii literatury staropolskiej. Bohaterkami dzisiejszego tekstu będą imitacja i emulacja.

Lektura renesansu

Bezpośrednim przyczynkiem do napisania tego tekstu była lektura monografii Agnieszki Fulińskiej Naśladowanie i twórczość. Książka ta dotyczy zjawiska podstawowego dla poetyki literatury renesansowej, doskonale znanego wszystkim badaczom zjawisk kulturowych tej epoki, a jednocześnie raczej pomijanego w toku edukacji szkolnej. Pomijanego pomimo obecności w podstawie programowej co najmniej kilku zjawisk związanych z twórczością renesansu. Oczywiście, dla współczesnego człowieka lektura pochodzących z XV czy XVI wieku utworów może nie wydawać się niczym pasjonującym. Panuje przecież przekonanie, że tego typu lektury należą do odległej przeszłości i nie są w stanie powiedzieć niczego interesującego o tak odmiennej przecież rzeczywistości znanej nam z autopsji.

Nie powiem: „nic bardziej mylnego!”, bo wrażenie to ma raczej charakter subiektywny, a nie jest moim celem sprawienie, by wszyscy rzucili się teraz do lektury staropolskich dzieł. Uważam to za rzecz zupełnie nieosiągalną, bo przecież sam gorliwym czytelnikiem odrodzeniowych dzieł nie jestem. Dlatego w swoim streszczeniu informacji dotyczących imitacji ulegam tendencji do skrótowości i traktuję wpis ten jako ciekawostkę raczej, a nie specjalistyczny wykład naukowy.

Słów kilka o naśladowaniu

Termin „imitacja” to spolszczona wersja łacińskiego imitatio, będącego odpowiednikiem greckiego pojęcia mimesis. Jednak już od epoki hellenistycznej terminy te odnosiły się do zupełnie innych zjawisk. Zagadnienie wywodzącego się od antyku pojęcia ma za sobą rozległą refleksję teoretyczną, której przywołanie w tym miejscu wykroczyłoby znacząco poza zamyślony kształt i rozmiar tekstu. Zakładam jednak optymistycznie, że dla wszystkich pojęcie mimesis brzmi choć trochę znajomo i kojarzy się, w dużym uproszczeniu, z teorią dotyczącą stosunku dzieła literackiego do natury. Tymczasem „imitacja” jako naśladownictwo odnosi się do nieco innego kopiowania: do naśladowania wzorów literackich.

Naśladowanie wzorów obecnych w spuściźnie poprzedników nie jest czymś, co pojawiło się dopiero w renesansie. Rzymianie przecież stawiali sobie za wzór uważanych za nie do prześcignięcia Greków i oparli niemal całą swoją kulturę o rozwijanie i kopiowanie greckich wzorców. Dlatego Horacy postulował naśladowanie prowadzące do ubogacania języka — by ubogą w pojęcia łacinę rozwinąć o nowe, wzorowane na greckich słowach terminy. W tym samym czasie pojawiały się głosy, pochodzące głównie od strony retorów, które bezpośrednio zainspirowały późniejszych imitatorów. Już wtedy także uwidaczniała się obecność dwóch tendencji: imitacji z pozycji niższości, czyli jak najwierniejsze naśladowanie zastanych wzorców, oraz emulacji (aemulatio) – traktowanie szerzej pojętej imitacji jako narzędzia indywidualnego wyrazu.

Warunkiem dobrego naśladowania było dla antycznych przede wszystkim dobranie odpowiednich do tego autorów. Kwintylian w Institutio oratoria pisał:

Z tych oraz innych godnych lektury autorów musimy czerpać zasób słów, różnorodność figur i metod kompozycji (…). Nie ma bowiem wątpliwości, że sztuka w dużej mierze polega na naśladowaniu. Bowiem jak wynajdywanie było najpierw i jest najważniejsze, tak korzystnym jest postępować za tymi rzeczami, które zostały dobrze wynalezione

Jednak do inimitabiliów należeć miały, bardzo istotne z punktu widzenia historii estetyki, takie przymioty jak „talent, inwencja, siła, umiejętność”, z którymi wiążą się słynne pojęcia ingenium, proprium czy nescio quid lub je ne sais quoi propre. Już wówczas wywiązywały się spory pomiędzy zwolennikami różnych tendencji (głośnym krytykiem bezmyślnej imitacji był chociażby Horacy), które swój wyraz w późniejszych wiekach znajdą w dwóch debatach cyceroniańskich.

Powtarzanie, kopiowanie, wtórność

Dla osób niezaznajomionych bliżej z historią refleksji estetycznej wydawać się może dziwnym zacytowane stwierdzenie Kwintyliana o sztuce jako czymś, co polega na naśladowaniu. Tymczasem ta konstatacja w dużej mierze wyjaśnia i usprawiedliwia renesansową poetykę. Warto uświadomić sobie, że pojęcie „oryginalności” (w znaczeniu odmiennym od początkowej „źródłowości”) pojawiło się dopiero w XVIII wieku u Edwarda Younga i wówczas zyskało aprobatę, stając się pożądanym modelem twórczości. Do tej pory bowiem słowa takie jak „nowość” czy „niepowtarzalność” nie robiły wrażenia: zjawiskiem cenionym było powielanie uważanych za idealne wzorców.

Dlatego też zaskakującym być może, przy przeglądaniu chociażby listy lektur polskiego licealisty, ilość omawianych twórców renesansowych, przy świadomości, że plaga powszechnego pisania nie dotyczy jedynie naszych czasów, w których pisać i wydawać książki może każdy. Także w renesansie każdy odkrywał w sobie wielkiego pisarza, jednak ze względu na powtarzalny charakter tej twórczości, na potrzeby kanonu należało wyłuskać z tego bardzo licznego grona jedynie tych, którzy wyróżniali się na tle epoki i oferowali swoją twórczością coś więcej niż jedynie powielanie innych.

Próba rywalizacji

Tacy twórcy osiągnęli zatem maestrię w kwestii wspominanej już emulacji, to znaczy wierności tradycjom przy jednoczesnej próbie prześcignięcia antycznych wzorców. To zjawisko zostało słabo opisane przez antycznych (Fulińska wskazuje jedynie kilka napomknięć o współzawodnictwie), co wynikać mogło z przekonania antycznych Rzymian, że wszelka rywalizacja jest czymś oczywistym. Sprawa zagmatwała się dopiero później, po średniowieczu, w którym inspiracja antykiem, choć obecna, została mocno przygaszona. Dopiero później części twórców wydało się, że antyczni pisarze osiągnęli swoją działalnością pełnię wszelkich możliwości w dziedzinie twórczości i wielu zrezygnowało nawet z myśli o możliwości brania udziału w konkursie o palmę pierwszeństwa. Zgodnie ze znaną maksymą Bernarda z Chartres, wszyscy byli wówczas karłami stojącymi na ramionach olbrzymów, czyli cenionych postaci antyku.

Historia renesansowej imitacji i emulacji zaczęła się jeszcze w schyłkowym średniowieczu. Uznaje się bowiem, że antyk na nowo dla europejskiej kultury odkrył Francesco Petrarka. Jego podejście do tych kategorii jednak jest co najmniej ambiwalentne. Ciekawą sytuacją jest jego stosunek do twórczości Dantego. Krytykował jego próbę utworzenia poematu homeryckiego czy wergilskiego w języku toskańskim (zgodnie z tradycją translatio studii – przekazywanie wiedzy). Sam chcąc podjąć się pisania w języku narodowym odżegnywał się od zaznajomienia się z twórczością poprzednika, niby w obawie przed niepożądaną inspiracją. Wszelkie podobieństwa do dzieła Dantego wytykane mu później uznawał za „przypadek lub podobieństwo umysłów”, a w zupełności nie „sprawę kradzieży lub zamierzonego naśladowania”.

Zaraz za tym zwracał jeszcze Petrarka uwagę, że dla Dantego twórczość w języku narodowym to szczyt jego osiągnięć, podczas gdy sam Petrarka wolał zajmować się łaciną. Dlatego jego zdaniem trudno oskarżać go o zawiść w stosunku do krajana. Fulińska dostrzega jednak, że najbardziej przez Petrarkę cenionym utworem własnej włoskojęzycznej przygody był Trionfi, bez wątpienia będący próbą rywalizacji z Dantem. Autorka stwierdza zatem odważnie, że „u jej podstaw leżała chęć przewyższenia poprzednika sławą poetycką – a zatem chyba jednak invidia”.

Warto zwrócić tu jeszcze uwagę, że sam Petrarca o teorii emulacji nie wypowiadał się w sposób nazbyt pochlebny, przeciwstawiając ją dobrej imitacji. „Zazdrościć jest łatwo, naśladować trudno” — pisał. „Wiernie naśladować jest łatwiej niż dorównać”. Takie zestawienie tych dwóch sformułowań pozwala autorce wysnuć wniosek, że dla Petrarki naśladowanie jest sposobem na osiągnięcie złotego środka między talentem i autorytetem, utrzymaniu proprium w ryzach decorum i wpisanie indywidualności w ciągłość tradycji.

Erazm z Rotterdamu, imitacja a CyceronKłótnia o Cycerona

W pewnym momencie jednak bezrefleksyjne wpatrywanie się we wzorce osiągnęło poziom, który niektórym wydał się karykaturalnym: otóż w XV wieku pojawiły się tendencje wynoszące na piedestał postać Cycerona jako miarę i jedyne warte naśladowanie źródło, w którym zawiera się wszystko, co możliwe do osiągnięcia w języku łacińskim. Zjawisko to nosiło nazwę cyceronianizmu. Już w tym samym wieku miała miejsce pierwsza debata w tej sprawie, jednak prawdziwy rozgłos uzyskała owa dyskusja dopiero, gdy wyszła poza granice Italii: w XVI wieku rozpętał ją na nowo erudyta Erazm z Rotterdamu.

Erazm, powodowany obawą, że umiłowanie dla Cycerona niesie za sobą oddalenie się od ducha chrześcijańskich cnót, napisał dialog Ciceronianus. Już wcześniej jednak wypowiadał się w tym temacie. Stwierdzał ostro, że „narodziła się nowa sekta cyceronianistów, która nie mniej urosła w siły niż luteranie”. Nie miał wątpliwości, że „tymi narzędziami porusza Szatan, który woli, żeby wszyscy byli cyceronianami niż chrześcijanami”.

W apologii różnorodności pod kątem dobierania inspiracji, odwołał się do toposu pszczoły — bardzo popularnej wówczas metafory odnoszącej się do prac pisarzy tego czasu:

Czy pszczoły zbierają pyłek tylko z jednego krzewu? Czy nie przelatują pracowicie z kwiatka na kwiatek? Czy nie siadają na każdej trawce i zielu? Ile razy i jakie przemierzają odległości, aby plony swe złożyć w ulu? Nie od razu też mamy miód. Pyłek, który zbierają, przerabiają długo i wielokrotnie, a po ostatecznym już przerobieniu nie rozpoznasz w otrzymanym produkcie ani smaku, ani zapachu kwiatów i spożytych przez pszczoły ziół. Oto owoc ich wytężonej pracy, produkt, który powstał dzięki należytemu przemieszaniu wielu roślin.

Zdaniem Erazma niewolnicza imitacja jest krzywdząca dla samego modelu. O cyceronianistach pisał:

Te bowiem w małpi sposób naśladujący Cycerona indywidua nie tylko wyrządzają krzywdę młodzieży, jeśli chodzi o jej rozwój naukowy i dobre obyczaje, lecz plamią również imię rzymskiego mówcy. Przywłaszczają sobie jego nazwisko, podczas gdy są zaledwie marnymi naśladowcami.

Atak Erazma szybko doczekał się reakcji pochodzących od wielu osób. Nierzadko oburzenia na krytykę holenderskiego erudyty miały, jak chociażby u Juliusza Cezara Scaligera, charakter nacjonalistyczny raczej, aniżeli poetyczny, wynikający z oburzenia na to, że do sprawy miesza się człowiek „z zewnątrz”. Nie Włoch, a bezczelny rotterdamczyk.

Początek przemian

Wydaje mi się, że z grubsza przybliżyłem, na czym polegało obecne w renesansowej literaturze zjawisko, które wyjaśnia, dlaczego do kanonu lektur spośród tak wielu tekstów trafiło ich tak niewiele. Twórcy, którzy zostali zapamiętani przez historię literatury na poziomie wiedzy ogólnej, zwyciężyli po prostu grę w emulację. Nikt nie zaprzeczy przecież, że na gruncie polskim Janowi Kochanowskiemu nie ma równych, a jego zasługi dla rozwoju języka polskiego pozostają nieocenione. Znów, na osobny wpis zasługiwałoby wskazanie emulacyjnego charakteru jego twórczości. Mnóstwo pisać można o wykorzystywaniu przez niego wzorców antycznych świadczących o ogromnej erudycji sprawiającej, że zalicza się go do reprezentantów humanistycznego ideału — poety uczonego (poeta doctus).

Praktyka imitacyjna zmierzała pomału ku końcowi, gdy w epoce baroku ustąpiła konceptualnym zabawom z językiem. W Oświeceniu powstawały już dzieła, którym nierzadko przypisuje się cechy charakterystyczne dla postmodernizmu (np. powieści Laurence’a Sterne’a). Wtedy też za sprawą Kanta narodziła się nowoczesna estetyka.

Droga do popkultury

Zacząłem jednak obietnicą, że wątek renesansowych teorii pociągnę ostatecznie w inną stronę. Nie jest to przecież trudne — wystarczy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy kwestia imitacji faktycznie należy do zamkniętego rozdziału poetyki Odrodzenia? Czy we współczesności każdy kolejny pożądany przez odbiorców twór musi nosić znamiona oryginalności? Bynajmniej! Nie szukając daleko, wystarczy przyjrzeć się jednemu z największych bestsellerów ostatnich lat, serii o Christianie Greyu i młodej Anastasii. Książki bazują przecież na innej popularnej sadze o Edwardzie Cullenie i Belli. Nikt nie ukrywa, że 50 twarzy Greya powstały jako fan-fiction w kręgu zainteresowania Zmierzchem.

To oczywiście najbardziej jednostkowy przykład. Ujmując rzecz ogólniej, wystarczy zastanowić się nad ogólnymi zasadami rządzącymi literaturą gatunkową czy filmem gatunkowym. Twórcy owych dzieł próbują powielać schematy, które znalazły się u poprzedników. Sięgają przy tym do struktur wypracowanych przez uznawanych za najlepszych przedstawicieli danego nurtu. Nie bez powodu przy nowopowstających filmach kryminalnych używa się określenia „hitchockowski”, a literaturę porównuje się do pomysłów Agathy Christie.

Imitacja a niepowtarzalność

Ciekawy wątek w refleksji dotyczącej literatury w ogóle uruchomił Derek Attridge w swojej pracy Jednostkowość literatury. Porusza on w niej między innymi temat jednostkowości dzieła w obliczu jego licznych przekładów na inne języki. Czy przekład (translatio) stanowi oddzielne od oryginału dzieło? Fulińska przytacza w odpowiednim miejscu wiele przykładów odnoszących się do praktyki translatorskiej XV i XVI wieku.

Podejście ówczesnych ludzi do oryginału było bardzo swobodne. Napisane w obcym języku dzieła przepisane przykładowo na język narodowy, zyskiwały tym samym nowego autora. Ten zaś nie stronił od dodawania kolejnych ustępów tekstu i nie zaznaczał, kiedy kończy się oryginał, a zaczyna osobista inwencja. Dlatego tak trudno jest badaczom docierać do tego, które części zachowanych do naszych czasów tekstów znanych jedynie z przekładów faktycznie istniały oryginalnie, a które zostały dopisane. To, że badacze się tym zajmują, świadczy o zupełnie innym systemie wartości charakteryzującym nasze społeczeństwa. W renesansie bowiem dosłowne przekłady uznawane były za te gorsze. Nawet tłumacząc z języka na język należało wykazać się umiejętnościami imitacyjnymi i dopasować tekst na nowym gruncie do zastanych wzorców.

Według Attridge’a jednostkowość literatury nie stoi w kontrze do jej imitacji i przekładu. Odwołuje się on do doświadczenia zwykłego czytelnika, który często w czasie lektury książki nie bierze pod uwagę pracy tłumacza, lecz zapoznaje się z treścią dramatów Shakespeare’a tak, jakby czytał to, co wyszło spod ręki angielskiego twórcy. Jednostkowość literatury objawia się zatem poprzez jej przekładalność i imitabilność (zdolność do podlegania imitacji). Podobnie jak sytuacja czytelnicza, w ramach której każde kolejne odczytanie (re-reading) danego dzieła sprawia, że ma się do czynienia z jednostkowym wydarzeniem, a nie obiektywnie zamkniętym zjawiskiem, tak literatura zyskuje swoją jednostkowość poprzez odnalezienie w niej kategorii „tego samego”. Czyli uznania, że pomimo różnic, przekład Barańczaka jest także tekstem Szekspira, pozostającym otwartym na nowe konteksty, a w końcu — na automodyfikację.

Imitacja jako fundament bycia

Kategoria imitacji nie wyczerpuje się jednak na literaturze. Pisząc o sukcesie Petera Thiela, pierwszego zewnętrznego inwestora, który włożył pieniądze w rozwój Facebooka, Peter Lanchester stwierdza, że ludzie rodzą się z potrzebą zdobycia pożywienia i bezpiecznego miejsca. Gdy te fundamentalne potrzeby zostaną zaspokojone, rozglądają się, by zobaczyć, co inni ludzie robią, by potem ich w tym kopiować. Imitacja miałaby leżeć w korzeniach każdego zachowania. Zdaniem Lanchestera to, co sprawiło, że Thiel dostrzegł potencjał Facebooka, to że ta sieć społecznościowa była w swoim charakterze girardiańska do cna: zbudowana na potrzebie ludzi do kopiowania innych.

Potrzeby tak silnej, że prowadzącej do zupełnego zamroczenia ludzi. Wprowadzającej ich w stan, słowami Marshalla MacLuhana, narcystycznej narkozy, która zaburza odbiór i nie pozwala dostrzegać ograniczeń i zagrożeń związanych z mediami, które wykorzystujemy na codzień.  Wtopieni w ekrany smartfonów i próbujący kopiować posiłki ze zdjęć wrzucanych na Instagrama. Powielający formuły zyskujące popularność na Twitterze. Powtarzalne selfie i outfity eksponowane na Facebooku i zyskujące najwięcej lajków. Piszący blogi, które imitują inne blogi, które odniosły sukces. I filmy imitujące inne kasowe filmy, itd., itd…

W każdym wypadku powielanie musi zostać ulepszone tak, by nowe, lepsze, naśladownictwo mogło odnieść większy sukces od poprzedników. Ot, imitacja i emulacja w praktyce.

2 komentarze

Agnieszka Fulińska 14 kwietnia 2021 Reply

Dzień dobry, zupełnie przypadkiem trafiłam na takie miłe wspomnienie mojej pradawnej książki 🙂 Szczególnie miłe, bo przez krótki czas, póki jeszcze pracowałam na polonistyce, zajmowałam się właśnie kulturą popularną i adaptacją starożytnej poetyki do tejże, więc przejście w tym artykule do takich zagadnień jest bliskie memu sercu. Potem zmieniłam całkowicie dziedzinę naukową i odeszłam od tamtych badań, ale zawsze miło, kiedy coś takiego się zobaczy. Pozdrawiam serdecznie!

Ciszek 17 kwietnia 2021 Reply

Dzień dobry, to w takim razie ja bardzo dziękuję za pozostawienie wpisu i miłe słowa! Pani książkę czytałem właśnie w trakcie studiów polonistycznych (jako lekturę nadobowiązkową) i wciąż dobrze wspominam tę lekturę: na tyle, że mam ochotę do niej wrócić, chociaż sam zupełnie nie zajmuję się tą tematyką (stąd zapewne ten skręt w stronę współczesności).
Muszę też przyznać, że ten tekst przynosi mi symboliczny zysk: to najczęściej odwiedzany wpis na moim skromnym blogu. Pewnie służy jako bryk studentom, ale – mam nadzieję – także zachęca do sięgnięcia do źródła. Od siebie dodam, że to jedna z nielicznych książek w ramach kursu literatury staropolskiej, które autentycznie zainteresowały mnie piśmiennością renesansową. Raz jeszcze dziękuję za wizytę, miłe słowa i również serdecznie pozdrawiam!

Dodaj coś od siebie!